Jean Sibelius - Koncert skrzypcowy d-moll, op. 47
W przeciwieństwie do Grażyny Bacewicz, Jean Sibelius (1865-1957) choć marzył o karierze wirtuoza skrzypiec, nigdy nie zdołał nim zostać. Jego ambicje instrumentalisty zostały skutecznie poskromione podczas przesłuchań do Orkiestry Filharmonii Wiedeńskiej, w których wziął udział. Werdykt jury – „Nieźle” – opatrzony był jednak także dyskretną sugestią, by artysta rozważył inną drogę zawodową. I tak też uczynił, stając się jednym z najwybitniejszych skandynawskich kompozytorów w historii, cieszącym się zasłużoną sławą jeszcze za życia.
Koncert skrzypcowy Sibeliusa należy dziś do najchętniej słuchanych przez melomanów dzieł tego rodzaju, choć jego droga do uznania nie była prosta. Utwór powstawał w latach 1902-1904 i był w dużej mierze inspirowany przez niemieckiego skrzypka Willy’ego Burmestera, który pierwotnie miał być także jego prawykonawcą. Z powodów, dziś zapomnianych, artysta wycofał się ze swojej obietnicy. Premierę trzeba było przełożyć. W końcu, prawykonanie odbyło się w Helsinkach. Za pulpitem dyrygenckim stanął sam kompozytor, prowadząc niedostatecznie liczną orkiestrę, zaś solista – pedagog Instytutu Muzycznego w Helsinkach – zmagał się bez sukcesu z niezwykłymi trudnościami technicznymi partii solowej. Efekt był, mówiąc wprost, katastrofalny.
Dopiero gruntowna rewizja partytury umożliwiła ponowne wykonanie utworu – tym razem z powodzeniem. Nawet wtedy jednak entuzjazm nie był powszechny. Słynny węgierski skrzypek Joseph Joachim określił dzieło jako „ohydne i nudne”. Dziś jednak niewielu podzieliłoby podobną opinię.
Pierwsza część koncertu, rozbudowana i dominująca pod względem objętości, rozwija się w sposób wyraźnie symfoniczny. Zamiast przeciwstawiać skrzypce orkiestrze w heroicznej rywalizacji, Sibelius wplata partię solową w tkankę orkiestrową, pozwalając jej wyłaniać się stopniowo z brzmieniowej materii. Tłumione smyczki budują mroczny nastrój d-moll, po czym wkracza solo skrzypiec – już na wczesnym etapie zaznaczające swoją niezależność poprzez kadencję. Druga, znacznie obszerniejsza kadencja pojawia się także później, zastępując tradycyjne przetworzenie. Oferuje ona zupełnie nowe spojrzenie na materiał tematyczny, prowadząc pierwszą część utworu ku finałowi pełnemu napięcia i dramaturgii.
Intymne Adagio należy do najbardziej rozpoznawalnych fragmentów koncertu, jednak to Finale stawia przed solistą wyjątkowo wysokie wymagania techniczne. Wirtuozeria wyrasta tu jednak organicznie z samej materii muzycznej, nigdy nie będąc jedynie efektem zewnętrznego popisu.
Ten koncert to arcydzieło, którego sam Sibelius nigdy nie byłby w stanie zadowalająco wykonać jako solista. Być może właśnie, jego niespełnione marzenie o karierze skrzypka – wirtuoza, było zarówno przyczyną powstania tego znakomitego utworu jak i tego, że kolejnego koncertu skrzypcowego już nigdy nie napisał.
Dopiero gruntowna rewizja partytury umożliwiła ponowne wykonanie utworu – tym razem z powodzeniem. Nawet wtedy jednak entuzjazm nie był powszechny. Słynny węgierski skrzypek Joseph Joachim określił dzieło jako „ohydne i nudne”. Dziś jednak niewielu podzieliłoby podobną opinię.
Pierwsza część koncertu, rozbudowana i dominująca pod względem objętości, rozwija się w sposób wyraźnie symfoniczny. Zamiast przeciwstawiać skrzypce orkiestrze w heroicznej rywalizacji, Sibelius wplata partię solową w tkankę orkiestrową, pozwalając jej wyłaniać się stopniowo z brzmieniowej materii. Tłumione smyczki budują mroczny nastrój d-moll, po czym wkracza solo skrzypiec – już na wczesnym etapie zaznaczające swoją niezależność poprzez kadencję. Druga, znacznie obszerniejsza kadencja pojawia się także później, zastępując tradycyjne przetworzenie. Oferuje ona zupełnie nowe spojrzenie na materiał tematyczny, prowadząc pierwszą część utworu ku finałowi pełnemu napięcia i dramaturgii.
Intymne Adagio należy do najbardziej rozpoznawalnych fragmentów koncertu, jednak to Finale stawia przed solistą wyjątkowo wysokie wymagania techniczne. Wirtuozeria wyrasta tu jednak organicznie z samej materii muzycznej, nigdy nie będąc jedynie efektem zewnętrznego popisu.
Ten koncert to arcydzieło, którego sam Sibelius nigdy nie byłby w stanie zadowalająco wykonać jako solista. Być może właśnie, jego niespełnione marzenie o karierze skrzypka – wirtuoza, było zarówno przyczyną powstania tego znakomitego utworu jak i tego, że kolejnego koncertu skrzypcowego już nigdy nie napisał.

Więcej na temat: Repertuar






